11 maja
Normalnie masakra,
dziś przespałem prawie cały dzień (z przerwą na zdalne lekcje) –
taki byłem zmęczony tym całym wyjazdem na wieś. Niby nic –
weekendzik za miastem, a jaki intensywny – zapomniałem nawet o
kompie, smartfonie i konsoli – tyle było atrakcji :) Sam siebie
nie poznaję, co ta pandemia robi z ludźmi hahahaha LOL :)
Zajechaliśmy w
piątek popołudniu – niestety były korki, bo obostrzenia związane
z covidem - 19 zostały trochę złagodzone i chyba wszyscy ruszyli
odetchnąć świeżym powietrzem bez maseczek – dokładnie tak, jak
my hehe. Ale ok, zajechaliśmy, od razu zleciała się dzieciarnia,
więc się szybko z Hanką przebraliśmy w stylizacje podwórkowe :)
I jazda! Do zabawy! Zaczęliśmy od zawodów w bieganiu – nie obyło
się bez płaczu, bo wygrała Bianka, a chciała Hanka, no ale cóż,
zwycięzca może być tylko jeden. Wytłumaczyłem tej małej beksie,
że raz się wygrywa, a raz się przegrywa – z bólem to przyjęła
do wiadomości, trudno. Potem rozpoczęły się kolejne konkurencje –
skok w dal i bieganie wokół domu na czas – nie wiedziałem, że
taka zwyczajna zabawa może dać tyle radości. Nie spostrzegliśmy
się, jak zrobiło się ciemno i trzeba było położyć się spać.
W sobotę rodzice
zwlekli nas z łóżek z samiutkiego ranka – zastanowiło mnie to,
bo przecież zwykle w weekend pozwalają nam dłużej pospać. Co się
okazało? Że wpadli na pomysł, że pójdziemy na szlak! Czyli w
góry – nie cierpię łażenia po górach, więc, jak o tym
usłyszałem, zacząłem MEGA zrzędzić, niewiele mi to jednak dało,
bo mama mi dała plecak na plecy
i pojechaliśmy do
Rabki. Okazało się, że naszym celem jest Maciejowa, idąc tam,
cały czas narzekałem i stękałem, czy daleko jeszcze, że mnie
bolą nogi itd. Rodzice byli jednak nieugięci
i rzekli, że jak
się coś rozpoczęło, to trzeba to skończyć i, że będę miał
satysfakcję, jak zdobędę szczyt. Zaskoczyła mnie Hanka – moja
siostra, która, dosłownie ze śpiewem na ustach, szła ku
przygodzie haha. W ogóle nie zrzędziła, jak ja, aż w pewnym
momencie mi zaczęło być głupio, że tylko ja narzekam, a
pozostali dzielnie się wspinają.
Po kilku godzinach
wreszcie dotarliśmy! CO TO BYŁY ZA WIDOKI! Normalnie aż mi dech
zaparło – tak było cudnie! Rozkoszowaliśmy się pięknem
krajobrazu, upiekliśmy kiełbasy, kupiliśmy sobie pamiątki w
schronisku – nawet dostaliśmy dyplomy za to, że dzielnie
wyszliśmy na szczyt. Hanka była cała w skowronkach, później jej
trochę, a wręcz bardzo, mina zrzedła, jak schodziliśmy, bo było
stromo i kamieniście – wywaliła się chyba z dziesięć razy i
wyła.
W samochodzie
jednak się uspokoiła i zasnęła, zresztą, tak, jak ja – byliśmy
tak wykończeni, że od razu po powrocie wylądowaliśmy w łóżkach.
Niedziela upłynęła
wyjątkowo spokojnie, upiekliśmy sobie chleb na ogniu, pograliśmy w
badmintona i trzeba było wracać do domu – jak się później
okazało w towarzystwie okropnych zakwasów – stąd ta moja
dzisiejsza nie do końca dobra dyspozycja :)
Refleksja na dziś
– nie ma szczytu nie do zdobycia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.