poniedziałek, 11 maja 2020


11 maja

Normalnie masakra, dziś przespałem prawie cały dzień (z przerwą na zdalne lekcje) – taki byłem zmęczony tym całym wyjazdem na wieś. Niby nic – weekendzik za miastem, a jaki intensywny – zapomniałem nawet o kompie, smartfonie i konsoli – tyle było atrakcji :) Sam siebie nie poznaję, co ta pandemia robi z ludźmi hahahaha LOL :)
Zajechaliśmy w piątek popołudniu – niestety były korki, bo obostrzenia związane z covidem - 19 zostały trochę złagodzone i chyba wszyscy ruszyli odetchnąć świeżym powietrzem bez maseczek – dokładnie tak, jak my hehe. Ale ok, zajechaliśmy, od razu zleciała się dzieciarnia, więc się szybko z Hanką przebraliśmy w stylizacje podwórkowe :) I jazda! Do zabawy! Zaczęliśmy od zawodów w bieganiu – nie obyło się bez płaczu, bo wygrała Bianka, a chciała Hanka, no ale cóż, zwycięzca może być tylko jeden. Wytłumaczyłem tej małej beksie, że raz się wygrywa, a raz się przegrywa – z bólem to przyjęła do wiadomości, trudno. Potem rozpoczęły się kolejne konkurencje – skok w dal i bieganie wokół domu na czas – nie wiedziałem, że taka zwyczajna zabawa może dać tyle radości. Nie spostrzegliśmy się, jak zrobiło się ciemno i trzeba było położyć się spać.
W sobotę rodzice zwlekli nas z łóżek z samiutkiego ranka – zastanowiło mnie to, bo przecież zwykle w weekend pozwalają nam dłużej pospać. Co się okazało? Że wpadli na pomysł, że pójdziemy na szlak! Czyli w góry – nie cierpię łażenia po górach, więc, jak o tym usłyszałem, zacząłem MEGA zrzędzić, niewiele mi to jednak dało, bo mama mi dała plecak na plecy
i pojechaliśmy do Rabki. Okazało się, że naszym celem jest Maciejowa, idąc tam, cały czas narzekałem i stękałem, czy daleko jeszcze, że mnie bolą nogi itd. Rodzice byli jednak nieugięci
i rzekli, że jak się coś rozpoczęło, to trzeba to skończyć i, że będę miał satysfakcję, jak zdobędę szczyt. Zaskoczyła mnie Hanka – moja siostra, która, dosłownie ze śpiewem na ustach, szła ku przygodzie haha. W ogóle nie zrzędziła, jak ja, aż w pewnym momencie mi zaczęło być głupio, że tylko ja narzekam, a pozostali dzielnie się wspinają.
Po kilku godzinach wreszcie dotarliśmy! CO TO BYŁY ZA WIDOKI! Normalnie aż mi dech zaparło – tak było cudnie! Rozkoszowaliśmy się pięknem krajobrazu, upiekliśmy kiełbasy, kupiliśmy sobie pamiątki w schronisku – nawet dostaliśmy dyplomy za to, że dzielnie wyszliśmy na szczyt. Hanka była cała w skowronkach, później jej trochę, a wręcz bardzo, mina zrzedła, jak schodziliśmy, bo było stromo i kamieniście – wywaliła się chyba z dziesięć razy i wyła.
W samochodzie jednak się uspokoiła i zasnęła, zresztą, tak, jak ja – byliśmy tak wykończeni, że od razu po powrocie wylądowaliśmy w łóżkach.
Niedziela upłynęła wyjątkowo spokojnie, upiekliśmy sobie chleb na ogniu, pograliśmy w badmintona i trzeba było wracać do domu – jak się później okazało w towarzystwie okropnych zakwasów – stąd ta moja dzisiejsza nie do końca dobra dyspozycja :)
Refleksja na dziś – nie ma szczytu nie do zdobycia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.